Reset, restart i aktualizacja oprogramowania.


Zrobiłam sobie wolne. Wyjechałam. Było dużo wrażeń. Paradoksalnie jednak te wrażenia nie pochodziły z zewnątrz. Od jakiegoś czasu stałym punktem w roku jest wyjazd na odosobnienie medytacyjne z jogą i milczeniem. Tym razem tydzień milczenia po słowacku, w towarzystwie osób, z którymi nie mówimy w tym samym języku. Nie przeszkadzało to w zbudowaniu więzi, poczucia jedności we wspólnym byciu w tym, co jest. Siedem godzin praktyki asan, pranajamy, pracy na rzecz domu, zakończenie dnia przy ognisku wśród starych dębów. Uważność w trakcie jedzenia, chodzenia, praktyki. I cisza. W tej ciszy poza wibracyjnym dźwiękiem świerszczy, śpiewem ptaków czy miauczeniem kota można usłyszeć myśli, zobaczyć wspomnienia, obejrzeć plany. Dużo tego przewija się na ekranie umysłu. Nudy nie ma. Jednak cała zabawa polega na tym, by nie chwytać się ich, by oglądać i wypuszczać, pozwalać odpłynąć. Czasem, pomiędzy tymi atrakcjami, pojawia się chwila zwykłego bycia, wdechu i wydechu oraz przestrzeni pomiędzy nimi. Po tygodniu próby bycia z oddechem, wypuszczania myśli, projekcji, wrażeń kwestia oddechu nabrała dodatkowego wymiaru. W tym czasie kończyły się dni mojej przyjaciółki. Ze względu na charakter choroby, ciężko jej się oddychało. Ostatecznie każdy wdech i wydech był dla niej osiągnięciem. I nadszedł koniec. Jej koniec w ziemskim ciele. W ostatni dzień mojego pobytu na odosobnieniu, dzień Jej śmierci, każdy oddech stał się dla mnie bezcenny. Przejmowała mnie radość z każdego zaczerpniętego wdechu i wypuszczonego wydechu, czysta radość z życia.

W drodze powrotnej zawitałam do nowo poznanych ludzi, którzy od lat żyją pełnią życia, jednocześnie na poważnie biorą fakt umierania, fakt śmierci, która kiedyś (dziś? Za 40 lat?) nastąpi. A być może żyją tak właśnie, ponieważ mają świadomość kruchości życia i wagi każdego dnia. Wiele się od ich nauczyłam.
Po powrocie zostałam poproszona przez rodzinę i przyjaciół zmarłej o wygłoszenie kilku słów na jej pożegnanie. Łapałam się na tym, jak nierealna jest jej śmierć dla mnie, mimo iż kilka tygodni temu widziałyśmy się po raz ostatni wiedząc o tym, że żegnamy się na zawsze. Na ziemskie zawsze.
Jednak śmierć istnieje. Im bardziej dopuszczam do siebie tę myśl, tym bardziej żyję.

Przewiń do góry